W mediach
Nie zostawię Pilicy, nie ucieknę z Tomaszowa
TIT - Tomaszowski Informator Tygodniowy – mówi wicemistrz olimpijski Vladimir Semirunnii.
„Tutaj mam wielu przyjaciół. Ludzi, którzy stali się moją drugą rodziną. Przyjmowali mnie do swoich domów nawet na święta. Nigdy im tego nie zapomnę.”
To piękne słowa pokazujące, jak silne więzi można zbudować i jak wyjątkowym miejscem potrafi być Tomaszów Mazowiecki ![]()
Tomaszowski Informator Tygodniowy Numer: 13 (1859) z 3 kwietnia 2026 r.
– mówi nam wicemistrz olimpijski Vladimir Semirunnii. – Tutaj mam wielu przyjaciół. Ludzi, którzy stali się moją drugą rodziną. Przyjmowali mnie do swoich domów nawet na święta. Nigdy im tego nie zapomnę.
Najbliższą Wielkanoc też spędzi w Tomaszowie, ze swoją dziewczyną. – Wcześniej polecimy z Klaudią na kilka dni do Barcelony, ale na święta wrócimy i spędzimy je u jej rodziców – wyjaśnia łyżwiarz KS Pilica.
– Władek, nie Włodek, jak to niektórzy sugerują?
– Tak, zdecydowanie ta forma o wiele bardziej mi odpowiada. Włodek jakoś zupełnie mi nie pasuje. Władek jest okej.
– Władku, stałeś się postacią numer jeden w polskim sporcie (i nie tylko). Zainteresowanie twoją osobą nie słabnie. Po medalu mistrzostw świata chyba jeszcze wzrosło. Nie męczy cię to już trochę?
– Od zdobycia medalu olimpijskiego ciągle ktoś dzwoni, gdzieś mnie zaprasza. Nikomu nie odmawiam zdjęcia, autografu, również pozytywnie odnoszę się do próśb o wywiady. Ostatnio byłem (z Damianem Żurkiem) na Halowych Mistrzostwach Świata w Lekkiej Atletyce w Toruniu. Tam też przyjęli nas bardzo fajnie. Chodzę od telewizji do telewizji, spotykam się z dziennikarzami, tak jak dzisiaj z tobą. Czasami mam po dwa spotkania medialne dziennie, ale jakoś daję radę (śmiech).
– Sezon startowy się skończył, a ty ciągle jesteś w treningu.
– Na razie takim lekkim. Tuż przed naszym spotkaniem 1,5 godziny spędziłem na rowerze stacjonarnym. Wcześnie było 8–9 dni przerwy. Miałem trochę czasu dla siebie, ale już trzeba zacząć się ruszać. Póki co trener dał nam wolną rękę. Bieganie, rower, rolki... Przygotowujemy się do biegu mistrzów w Łodzi, zimowi olimpijczycy kontra letni. Organizm nie może się za bardzo rozleniwić, bo później ciężko będzie wrócić na wysokie obroty. Poza tym już ciągnie do wysiłku. Czuję to po sobie. Nawet jak stanę na palcach, to pojawiają się skurcze w łydkach. To znak, że trzeba pobudzić mięśnie do pracy. Tuż po świętach wracamy do przygotowań i do dwóch treningów dziennie.
– Zostałeś ambasadorem akcji "Polska na TAK". W tym gronie jest też m.in. Adam Małysz i inne znane postacie nie tylko ze świata sportu. Może nawet trochę go przypominasz sprzed 25 lat.
– (Śmiech). Nie wiem. Staram się być szczery. Mówię, co myślę, co mam w sercu. Może taki przekaz najlepiej trafia do ludzi. To jest bardzo przyjemne. Chociaż chciałbym, żeby ta popularność rozłożyła się też na innych polskich sportowców.
– Świetnie wypromowałaś nasze miasto. Stałeś się jego ambasadorem.
– Dobrze się tutaj czuję. Tomaszów stał się moim nowym miejscem życia. Znalazłem przyjaciół, ludzi, którzy mi pomogli. Jest Arena Lodowa, mogę spokojnie trenować. Dlatego bardzo chętnie i pozytywnie mówię o tym mieście.
– Przyjechałeś zza Uralu, z wielkiego Jekaterynburga, do małego Tomaszowa. To musiała być dla ciebie duża zmiana.
– Tak. Te miasta są zupełnie nieporównywalne. Jekaterynburg jest trochę jak Warszawa. Tam się wychowałem, może dlatego odpowiada mi klimat dużych metropolii. W Tomaszowie jest spokojnie. Można odpocząć po treningach, zawodach czy zgrupowaniach. Są bardzo fajne miejsca w okolicach miasta, chociażby w Smardzewicach. Często jeździmy nad zalew z Klaudią. Chociaż zwiedzanie okolic łączę raczej z treningiem na rowerze. Lubię okolice Inowłodza, Rawy Maz., odwiedziłem też Łódź. W sezonie wszystko jest podporządkowane pracy, więc za dużo czasu na wycieczki turystyczne nie mam.
– A pamiętasz dzień, w którym przyjechałeś do Polski, do Tomaszowa?
– Tak, to było 13 albo 14 września 2023 r. Przyleciałem samolotem do Królewca (obecnie rosyjski Kaliningrad – przyp. red.). Później było 10 godzin podróży busem do Warszawy, a stamtąd jeszcze autem do "Janosika". Miałem trzy walizki. Każda ważyła po jakieś 40 kg. Z taksówki do stacji autobusowej musiałem je dźwigać pojedynczo, bo nie było żadnych wózków. Podczas podróży busem do Warszawy był postój, a tam McDonald. Ucieszyłem się, że w końcu czegoś spróbuję, bo w Rosji już od trzech lat nie było tych restauracji. Nie znałem polskiego i nie potrafiłem sobie poradzić przy automacie. Ostatecznie nic nie zamówiłem i głodny wróciłem do autobusu.
– Bardzo szybko nauczyłeś się języka polskiego. Pomogli koledzy z klubu lub reprezentacji?
– Muszę przyznać, że przyszło mi to bardzo łatwo. Trzy, cztery tygodnie i już zacząłem rozmawiać. Na początku znałem tylko pojedyncze słowa. Chleb, papryka… Koledzy i trenerzy bardzo mi pomogli. Najpierw mówili do mnie po angielsku, a później już po polsku. Nawet pomogli mi w nauce polskiego hymnu i zaśpiewałem "Mazurka Dąbrowskiego" na podium mistrzostw Europy w Arenie.
– Wyjeżdżając z Rosji, miałeś świadomość, że to jest bilet w jedną stronę i nie będzie możliwości powrotu?
– Tak, wiedziałem o tym. Wszystko wcześniej przemyślałem i zaplanowałem. Nie chcę tam wracać, chociaż chciałbym zobaczyć moich rodziców. Nie ukrywam, że tęsknię za nimi. Myślę, że jeszcze jakieś 20 lat będę musiał na to poczekać. Gdy byłem ostatnio w Elblągu u Marcina Bachanka (kolegi z reprezentacji), to zabrał mnie na molo. Byliśmy około 20 km od granicy z Rosją. Wysłałem zdjęcie rodzicom, że jestem blisko granicy. Szybko odpisali, żebym się do niej nie zbliżał: Nie waż się wracać!
– Te słowa mówią wszystko. Wiemy, jakie są realia. Potępiłeś agresję Rosji na Ukrainę. Musiałeś, żeby starać się o polskie obywatelstwo i reprezentować polskie barwy, czy po prostu chciałeś?
– Takie było moje wewnętrzne przekonanie. Nie zmieniło się do dzisiaj. Wielu sportowców rosyjskich już nie chce reprezentować swojej pierwszej ojczyzny. Wyjeżdżają, szukają innych możliwości rozwoju. To jak najbardziej uzasadnione. Wcale im się nie dziwię. W reprezentacji Uzbekistanu czy Kazachstanu też są łyżwiarze rosyjskiego pochodzenia. Nie każdy odważy się na taki wyjazd i może podjąć taki krok. Mój były kolega z reprezentacji Rosji ma żonę, dzieci. Nie może sobie na to pozwolić. Ja nie miałem nic do stracenia. Chciałem trenować, startować na arenie międzynarodowej, na najważniejszych imprezach. A w barwach Rosji nie mogłem i już nie chciałem. Spakowałem walizki, złożyłem rower i ruszyłem do Polski. Wyjeżdżałem z wrażeniem, że jadę na długi obóz.
– Ten obóz trwa już ponad 2,5 roku. Jesteś w stałym kontakcie z rodziną. Jak się mają?
– Dobrze, normalnie pracują. Mama jest nauczycielką, tata pracuje w branży informatycznej. Mam też dalszą rodzinę (kuzynów). Staram się regularnie dzwonić, chcę na bieżąco wiedzieć, co u nich słychać.
– Po przyjeździe do Polski długo musiałeś czekać na pierwsze starty, ale jak już ruszyłeś… Przez rok zdobyłeś medale najważniejszych imprez międzynarodowych. Najpierw mistrzostw świata na dystansach, później mistrzostw Europy, w końcu igrzysk olimpijskich, no i MŚ w wieloboju.
– Brakuje mi krążków z zawodów niższej rangi, czyli z Pucharu Świata i mistrzostw Europy w wieloboju. Wychodzę z założenia, że nie ma na co czekać. Jak jest forma, dobra dyspozycja, to trzeba sięgać po swoje szanse. Zawsze idę na całość, również na zawodach rangi krajowej, nie ma się co ograniczać.
– Skąd u ciebie taka wytrzymałość? Trener Roland Cieślak mówi, że jesteś tytanem pracy. Masz żelazne płuca, nogi ze stali.
– Od dziecka miałem takie predyspozycje wytrzymałościowe. Gdy miałem 15 lat, już chciałem startować na poważnie, a rok później wygrałem pierwsze medale młodzieżowe. Zdobyłem mistrzostwo Rosji juniorów i zaprosili mnie do kadry seniorskiej. Miałem trenera, który mnie napędzał, dyscyplinował. Czasami chciałem aż do dużo, za mocno. Teraz Roland nad tym wszystkim czuwa. Stara się mnie hamować, żebym nie przesadzał. Mam też wewnętrzną dyscyplinę. Ułożony plan dnia. Wiem, co mam robić. Ważne, żeby się wyspać, nie być głodnym na treningu. Potrafię zadbać o te istotne detale.
– Jako jeden z nielicznych zawodników ze światowej czołówki startujesz w charakterystycznym kasku. Dla bezpieczeństwa, ale pewnie spełnia też inne funkcje?
– Podobnie jak u kolarzy torowych, sylwetka na lodzie jest wtedy bardziej aerodynamiczna. To rozwiązanie podpowiedział mi Marcel Bosker z Holandii. Moi koledzy klubowi Szymon Kwapisz i Eryk Marciniak też startują w takich kaskach.
– Dobiega końca budowa hali lodowej w Zakopanem. Ma tam być najwyżej położony i najszybszy tor w Europie. Wtedy już mniej będziesz trenować (i cała polska kadra) w Tomaszowie.
– Pewnie tak się stanie. Z racji tego, że dojazd do Zakopanego jest czasochłonny, to będziemy tam przebywać dłużej na zgrupowaniach. Dla mnie póki co najważniejsze są treningi i to jest wyznacznik mojego miejsca zamieszkania. Jeśli powstanie hala w Zakopanem, wtedy siłą rzeczy mniej czasu będę spędzał w Tomaszowie. Jednak to nie oznacza, że wyjadę z tego miasta. Nigdy nie zapomnę, co tutaj dla mnie zrobiono, jak mnie przyjęto. Tu mam dziewczynę, przyjaciół. Na pewno pozostanę zawodnikiem Pilicy Tomaszów. Mój trener kadry, Roland Cieślak, jest przecież z Tomaszowa i Pilicy. To dla mnie najlepszy trener, świetny człowiek. Cieszę się, że mogę z nim pracować. Jestem od prawie trzech lat w Polsce, a właściwe nie znam mojej nowej ojczyzny. Dopiero zaczynam ją poznawać. Ostatnio byłem w Elblągu i bardzo mi się tam spodobało. Jest jeszcze mnóstwo innych fajnych miejsc, które chciałbym zobaczyć w Polsce.
– Pewnie w okresie świątecznym tęsknota za rodziną w Rosji jeszcze bardzie daje znać o sobie.
– W Polsce spędzę już kolejne święta. Trenerzy i zawodnicy z Tomaszowa nigdy nie pozwolili, żeby w tym czasie pozostał sam. Pamiętam święta w domu u Pawła Abratkiewicza (byłego trenera polskiej reprezentacji – przyp. red.), u Olgi Piotrowskiej (i jej męża Kuby, kolegów z reprezentacji), wigilię u trenera Rolanda Cieślaka... Mam nadzieję, że nikogo nie pominąłem. Ostatnie święta spędziłem z dziewczyną Klaudią u jej rodziny. Na początku kwietnia polecimy na kilka dni do Barcelony. Wrócimy i znowu będziemy świętować u jej rodziców
– Święta to dla ciebie jakiś szczególny czas?
– Raczej nie identyfikuję się z żadnych wyznaniem. Oczywiście szanuję katolików, innych chrześcijan czy wyznawców innych religii. Jednak chyba doświadczenia z Rosji zrobiły swoje. Przepych, pozłacane kościoły i inne kwestie… W Polsce świątynie są bardziej proste.
– Masz pewnie jakieś ulubione polskie potrawy?
– Uwielbiam kotlety schabowe i barszczyk czerwony. Smalec z ogórkiem czy zimne nóżki nie specjalnie mi smakują. Polskie jedzenie jest bardzo podobne do rosyjskiego. Nie mam więc za czym tęsknić. Może tylko za potrawami, które w dzieciństwie przygotowywała mi babcia.
– Medal olimpijski obiecałeś podarować Tomaszowowi.
– Tak, ale na razie chcę się nim jeszcze trochę nacieszyć. Pokazać wielu osobom. Przyjaciołom, których odwiedzam. Myślę, że w Arenie czy klubie znajdzie się odpowiednie miejsce dla niego.
– Na razie trafiłeś do Galerii Sław w Arenie. Masz rekordy obiektu na kilku dystansach i w wieloboju. No i twoja podobizna stoi przy wejściu. Podoba ci się?
– Fajna, fajna. Najważniejsze, że jest większa od tej Zbigniewa Bródki (śmiech).
– Mówiłeś, że nagrody finansowe przeznaczysz na rozwój sportowy.
– Tak, myślę o zakupie namiotu hipoksyjnego. W roku poolimpijskim można coś wprowadzić nowego. Chcemy postawić na treningi wysokogórskie, a częste wyjazdy na położone w górach tory w Salt Lake City czy w Calgary nie wchodzą w grę. W zakresie przydatnego sprzętu konsultuję się z Instytutem Sportu.
– Rower z najwyższej półki obiecał ci podarować Czesław Lang.
– Tak, takiej marki sprzęt używa Tadej Pogacar, zwycięzca kolarskiego Tour de France. Póki co posługuję się moim sprzętem, który też jest bardzo dobry. Czasami po 7–8 godzin spędzam na rowerze, więc jakość ma znaczenie. Kupiłem sobie też stacjonarną rolkę, imitującą jazdę.
– Sezon poolimpijski jest zawsze luźniejszy, ale chyba nie masz zamiaru zwalniać tempa?
– Mam swoje cele związane ze startami w Pucharach Świata, ME czy MŚ. Na pewno wyniki na 5000 czy 10 000 m będzie można jeszcze poprawić. Sporo do zrobienia mamy też z kolegami z reprezentacji w biegu drużynowym. W minionym sezonie było już całkiem dobrze, ale stać nas na więcej. Nigdy nie zapomnę atmosfery igrzysk z Mediolanu. Startu, który dał mi medal. Tych ostatnich 10 okrążeń, na których czułem niesamowite zmęczenie. Zdobyłem to, po co pojechałem. Nawet gdyby się nie udało, to myślę, że niewiele by się zmieniło. Dalej pracowalibyśmy z Rolandem. Moim celem pozostaje złoto igrzysk olimpijskich. Już za cztery lata we Francji. Chociaż niewykluczone, że będziemy startować na torze w Turynie albo w Heerenveen. Francuzi nie są skłonni budować nowej hali lodowej.
– Dziękuję ci serdecznie za rozmowę i życzę powodzenia.
– Ja też dziękuję. A wszystkim kibiciom, którzy mnie wspierali, życzę wesołych świąt.
Rozmawiał: Adrian Grałek
Fot. miniatura KS Lechia
Kontakt
Klub Sportowy Pilica
97-200 Tomaszów Mazowiecki
ul. Strzelecka 24/26
woj. łódzkie
e-mail: kspilica@kspilica.pl
Linki społecznościowe:
Sekcje zakończone
- BOKS (1932 -1994)
- BRYDŻ SPORTOWY (1983 -1996)
- GIMNASTYKA (1930 -1957)
- KAJAKARSTWO (1935 -1968)
- KOLARSTWO (1936-1969)
- KOSZYKÓWKA (1930 -1951)
- LEKKOATLETYKA (1930 -1974)
- ŁUCZNICTWO (1955 - 1960)
- PIŁKA NOŻNA (1936 - 2001)
- PIŁKA RĘCZNA (1975 -1989)
- PODNOSZENIE CIĘŻARÓW (1957 -1976)
- SIATKÓWKA (1930-1994)
- SPORTY MOTOROWE (1950 -1957)
- SPORTY ZIMOWE (1938 -1953)
- STRZELECTWO (1931-1958)
- SZACHY (1937 -1960)
- SZERMIERKA (1932 -1975)
- TENIS STOŁOWY (1947 - 1972)


